Jak Techland zrobi pudło, to nie ma…

Wstydu!

Dzieciakiem nigdy na powrót się nie stanę, a i pudełka z grami raczej nie wrócą do rozmiarów, które musiałabym nosić w obu dłoniach jednocześnie. I żeby nie było – nie żadne kolekcjonerki, tylko standardowe wydania. Tak, kiedyś gry wydawało się w dużym tekturowym pudle, w którym normą było, że znajdziesz też grubaśne instrukcje, książeczki i płyty z muzyką. A bywały i plakaty czy materiałowe (!) mapki. Dzisiaj, żeby dostać to wszystko, musisz wybulić minimum 3 stówki za „edycję specjalną”. Jak Ci się uda, to dołączą jakąś plastikową figurkę. Natomiast w wydaniu podstawowym rzucane są ochłapy w postaci lekkiego jak piórko pudełka DVD. W środku – w najlepszym wypadku – płyta i tekturka z jakimś prawnym bełkotem. Często nawet tej płyty nie ma, bo wystarczy kod, który sobie wklepiesz na Steamie. Instrukcję znajdziesz w sieci. A w ogóle to po co jakaś instrukcja.

Spoko, wcale nie chcę się wykłócać o wyższość pudełek na digitalem. Rozumiem, że w dobie cyfryzacji powszechniejszym wyborem jest niezawalanie sobie półek kurzącymi się tekturami. Po prostu tęskno mi do czasów minionych i często z nostalgią patrzę na wiekowe kartony, które udało mi się w życiu zgromadzić.

Dlatego wyobraź sobie moją radość, kiedy Techland Wydawnictwo ogłosił, że wypuszcza na rynek pudełkowe wydanie Deponii Doomsday. Kolejnej odsłony serii, która niezmiernie przypadła mi do gustu. Ale to nie wszystko. Techland dorzucił do tego płytkę z soundtrackiem. Plakat. I artbooka. 200-stronicowego artbooka. Ślicznie wydanego artbooka! I zamknął to w pudełku kosztującym – uwaga – 59,90 zł.

Ja wiem, że to nie jest ten ogromny karton z czasów mojego dzieciństwa. Wiem, że Deponia nie jest jakimś szeroko komentowanym hiciorem. Hardkorowcy zaraz zakrzykną, ze przygodówki to w ogóle nie są pełnoprawne gry. Tylko że nie zmienia to faktu, że tak powinno wydawać się tytuły wszelakie.

A jeszcze jak dorzucić do tego jaranie się samego wydawcy w toku produkcji – że mogą nam coś tak fajnego dać… Miód! Japa mi się cieszyła przy każdym otwarciu Facebooka.

Zawartość polskiego wydania nowej części przygód Rufusa prezentuje się następująco:

Całość opakowania to karton przyozdobiony cudnymi kolorowymi grafikami z gry. Dodatkowo ma on z przodu zamykane na rzep „skrzydełko”, a pod nim kolejną ilustrację, kilka ocen z portali społecznościowych oraz wizualizację zawartości. Jeżeli w tym momencie nie zwali Cię z nóg info, że w środku znajdziesz artbooka z taką ilością stron (przypominam, że 200, a dokładnie to 204 + okładka), to ja nie wiem, co Cię w życiu zachwyci.

I nie jest to jakaś papierowa popierdółka, tylko porządnie wydana, bijąca po oczach kolorami książka z bogatą treścią! Mamy informacje od twórców, grafiki koncepcyjne, szkice postaci, świata, przedmiotów… Rany, będę to ze sto razy przeglądać.

Przez tego artbooka niby niewielkie pudełko a swoje waży!

Jak już w środku jesteśmy, znajdziesz tam jeszcze typowe opakowanie DVD z takimi samymi grafikami na okładce, jak karton-matka. W opakowaniu dwie płytki – z grą i soundtrackiem. Sama Deponia wymaga do aktywacji posiadania konta Steam, zatem dostajecie też kartonik z kluczem. Płytka pozwoli zaoszczędzić ściągania około 3GB danych, ale i tak nie unikniesz dosysania kilkuset MB aktualizacji. Takie już uroki Steama. Oczywiście jeżeli masz szybkie łącze, możesz całość pobrać z serwerów. Natomiast druga płytka to 25 klimatycznych kawałków z gry. Polecam posłuchać i zanurzyć się w świecie bohaterów, z którymi trochę czasu spędzisz (najwięcej ze wszystkich części!).

No i ostatni prezent, czyli plakat. 51x36cm zapełnione postaciami ze wszystkich odsłon. Z plakatami upychanymi do pudełek jest niestety ten problem, że – siłą rzeczy – robią się na nich zagięcia, ale jeżeli ktoś nie jest przesadnym estetą, może sobie takowy na ścianie zawiesić. Zwłaszcza, że rysunki są ładne.

Dorzućmy do tego, że gra jest oczywiście zlokalizowana (wersja kinowa) i już nie masz argumentów, żeby jej nie kupić. Bo domyślam się, że skoro czytasz o Deponii, przygodówki po prostu lubisz. A to fajny, ładny tytuł do pośmiania i wzruszenia. Polecam, a Techlandowi dziękuję za tak dobre wydanie. I – rzecz jasna – idę grać.

P.S. Macie jeszcze zwiastun na zakąskę:

Masz jakieś przemyślenia na temat przeczytanego tekstu? Śmiało, wklep je poniżej! Tylko trzymaj się paru zasad, cobym się nie zeźliła:

Kategorycznie zabronione jest:
- prowokowanie i uczestniczenie w bezsensownych przepychankach słownych;
- pisanie, która drużyna jest najlepsza na świecie;
- pisanie, że drużyna, której kibicuję jest najgorsza na świecie;

Można pisać, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

Poza tym ma być przyzwoicie i zgodnie z podstawowymi zasadami językowymi.

Proste, prawda? Zatem do klawiatury!