Gra o Tron w końcu rozczarowała

Nie, to nie jest okrzyk triumfu. Raczej rozwianie wątpliwości. Już wiem, że każdy serial musi kiedyś zahaczyć o glebę. Jeszcze nie wymyślono dla nich materiału, który zagwarantowałby ciągłe unoszenie się w przestworzach. Produkcji HBO nie pomogły nawet smoki.

A, mogę być spoilery.

Właśnie zakończyła się emisja najgorszej serii Gry o Tron i to chyba jednak nie jest przypadek, że po raz pierwszy nie miała podkładki w postaci książek R.R. Martina. Wszyscy się tego obawiali, ale też każdy był uspokajany stwierdzeniem, że mistrz nadal czuwa. Chyba coś słabo mu to wychodziło, albo jednak machnął ręką i doszedł do wniosku, że jedynym ratunkiem dla świata jest podkręcenie tempa pisania, więc poszedł i zamknął się w swoich czterech ścianach. W efekcie otrzymaliśmy dziesięć odcinków, które w ogólnym rozrachunku były odzwierciedleniem miotania się scenarzystów, braku wyraźnej koncepcji, nudy, a wszystko zostało podlane kompletnie chaotyczną mieszanką w myśl zasady: „jak damy dużo tego i owego na sam koniec, nikt nie zauważy, jak kijowo było dotychczas”.

Spotkałam się z opiniami, że ostatni odcinek był najlepszym zakończeniem ze wszystkich serii Gry o Tron. No może i był, ale to akurat żadne osiągnięcie, bo ten serial nigdy nie stał zakończeniami, tylko mocnymi pierdzielnięciami z zaskoczenia w środku emisji. Nie zmienia to jednak faktu, że mnie osobiście bardzo wkurzył, bo cholernie uwidocznił panikę twórców. Chyba dotarło do nich, że przez całą serię przynudzali i muszą teraz koniecznie wrzucić różne wątki do jednego gara, poszarpać je i wymiąchać bez składu. Tu dajmy jakieś bum, tam szybką zemstę, parę przeskoków w czasie, samobójstwo, zepsujmy fajną postać i zakończmy uchyleniem rąbka ogromnej tajemnicy – któż tego nie kupi!

Ja.

Rozpierducha w wykonaniu Cersei była najbanalniejszym rozwiązaniem tego wątku  ze wszystkich możliwych. Spodziewałam się jakiejś kosmicznej wręcz intrygi, a wszyscy zostali po prostu posłani do piachu. Nudy. Dobra, ale żeby nie było, że tylko marudzę, znalazłam dwa plusy: wdzianko Cersei (powrót Michele Clapton odpowiedzialnej za stroje bardzo udany) oraz scena z wyskakującym Tommenem. Zacna scena.

Z kolei najmłodsza Starkówna jest chyba jedyną z tego rodu, którą dało się lubić od początku (no, Ned też był spoko, ale owa sympatia została szybko i brutalnie ukrócona). Teraz jeszcze bardziej okrzepła – i to jest spoko. Ale taka przebitka od czapy na szybciutką zemstę bez żadnego rozsmakowania – rozczarowujące. Zwłaszcza, że jej wątek też został rozmemłany w ostatniej serii i w pewnym momencie zaczął podwiewać nudą.

A rozmemłanie ukochanego Tyriona to już w ogóle jest hańba! Taka wyrazista postać unurzana w niezręcznej scenie słabości. Mój szacun został zrujnowany…

Mamy jeszcze Johna Snowa, ale to postać, która mnie nigdy nawet przez chwilę nie jarała. Głównie z powodu doboru aktora, któremu umiejętności nie odbieram, ale niestety aparycji w kontekście tej roli przyklasnąć nie mogę. Nie pasuje mi ni w ząb i już. Może ja od początku miałam niewłaściwe wyobrażenie, ale zawsze chciałam widzieć tutaj ociekającego seksapilem gościa w stylistyce wikinga. Niestety wyszło coś zupełnie odwrotnego, wobec czego nie uroniłam ani jednej łzy po ukatrupieniu Snowa w poprzedniej serii. Jego zmartwychwstanie też mnie mało obeszło, a opieranie kolejnego zwrotu akcji na tej postaci… Litości.

Już-nie-tacy mali Starkowie to kolejna porażka. Jeden nadał się tylko do tego, żeby go złapać i ukatrupić, a drugi czołga się, maca z drzewami i wykorzystuje biednego Hodora. O, ale jednak dotarłam do jeszcze jednego plusa. Co prawda ten wątek jest nieźle popierniczony, ale hodorowa geneza była dobra.

To jednak nie jest tak źle. Trzy pozytywy są, a jak się uprę, to wyciągnę jeszcze jeden – ewolucję postaci Sansy, która z najbardziej upierdliwej bohaterki wyrosła na trochę bardziej konkretną babę i mogę ją w końcu w tym serialu znosić.

Ustalmy jednak, że to mało. Że nie było niczego wyrywającego z krzeseł. Nawet wrzucenie bohaterów w potężną bitwę bękartów nie przyprawiło mnie o żadne emocje, bo wiedziałam, że nic strasznego się nie stanie. Aczkolwiek gratki za realizację. Serial zaczął szorować po ziemi, a to może się skończyć tylko na dwa sposoby. Albo odbije się i rozwali nie siebie, a nasze mózgi, albo nie będzie czego z niego zbierać. Ciężko będzie na przykład usprawiedliwić ewentualną porażkę Daenerys, która ma możliwość rozniesienia wszystkiego na swojej drodze i wydaje się dzierżyć niezaprzeczalną przewagę, ale też z drugiej strony sensowne rozwiązanie kwestii chociażby smoków może srogo zaskoczyć.

Przed nami jeszcze dwie serie – około trzynastu odcinków. Chcę, żeby były lepsze. Zgrabniejsze. Mniej nudne. I żeby nie zostawiały mnie z dziwnym przeświadczeniem, że oto chyba zobaczyłam przed chwilą jakiś naciągany feministyczny manifest, a nie solidne zakończenie. Pragnę zbierać szczękę z podłogi. Plis, HBO.

Źródło memów: FP Game of Thrones Memes.

Masz jakieś przemyślenia na temat przeczytanego tekstu? Śmiało, wklep je poniżej! Tylko trzymaj się paru zasad, cobym się nie zeźliła:

Kategorycznie zabronione jest:
- prowokowanie i uczestniczenie w bezsensownych przepychankach słownych;
- pisanie, która drużyna jest najlepsza na świecie;
- pisanie, że drużyna, której kibicuję jest najgorsza na świecie;

Można pisać, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

Poza tym ma być przyzwoicie i zgodnie z podstawowymi zasadami językowymi.

Proste, prawda? Zatem do klawiatury!