Przychodzi w życiu taki moment, kiedy powinieneś zacząć zachowywać się adekwatnie do swojego wieku. Jeżeli tego nie zrobisz, będziesz postrzegany jako upierdliwy dwudziesto-/trzydziestolatek, z którym większość ludzi nie będzie chciała mieć na dłuższą metę do czynienia. No, przynajmniej ja bym nie chciała.

Wiadomo – gdzieś tam w toku życia trzeba zacząć brać na klatę pewne obowiązki, ale (i to chyba ważniejsze) mentalnie dociągnąć do poziomu rozwoju fizycznego. Jak mamę kocham (a kocham bardzo), nie ma nic gorszego niż człowiek określany mianem dorosłego, który ma – jak to się teraz mówi – gimbazowy stosunek do rzeczywistości. Nie, to nie jest zabawne, jak ktoś Cię prosi, żebyś w kontekście jego osoby czegoś nie robił, a Ty stwierdzisz, że jednak fajnie będzie wywinąć “dżołka”. To jest gdzieś na pewnym etapie żałosne.

Po prostu przyjmij do wiadomości, że jak już przekroczysz dwudziestkę i zaczniesz kroczyć w stronę kolejnej dyszki, musisz częściej traktować ludzi poważnie. Tu już serio przestaje starczać miejsca na “niepracującą szlachtę” i podejście a la “mam wyjebane na WSZYSTKO”.

Tak, tak – ja wiem, że w tej brutalnej prawdzie jest jeden przerażający element. Nikt nie chce zatracić swojego wewnętrznego dziecka i przestać czerpać z życia radochę. Tylko jeżeli wydaje Ci się, że ja sugeruję wskoczenie w krawat i wrzucenie się w ramy, w których rodzina i korporacja są jedynymi wyznacznikami planu Twojego dnia – puknij się w czoło.

Ja Ci mówię: nie zachowuj się jak pięcioletnie dziecko albo nastolatek z burzą hormonów. Obowiązki i tak Cię dopadną, ale to wcale nie o nie tutaj chodzi. Możesz być poważny i racjonalny wtedy, kiedy trzeba i nie zamordować swojego immanentnego dzieciątka.

Jak?

Po prostu NIGDY nie zapominaj o tym, co Cię rajcuje.* Usiądź na chwilę i pomyśl o tych momentach, które na Twojej twarzy wywołują mimowolny uśmiech. Sprawiają, że japa cieszy Ci się od ucha do ucha. W zależności od tego, na jakim etapie życia teraz jesteś, być może będziesz musiał sięgnąć do odleglejszych wspomnień. Może to być jeden czynnik, ale też wiele różnych. Każdy z nas jest inny, więc tutaj nie ma reguły.

Podam Ci przykład ze swojego życia.

Z domu rodzinnego wyniosłam ogromne zafascynowanie subkulturą punkową. Niby nic dziwnego – w końcu mój tata w młodości nosił irokeza pod samo niebo. Paradoksalnie to zapatrzenie nie zaczęło się jednak przez niego (trochę dorósł i zmodyfikował swoje zamiłowania o pewne elementy – o czym za chwilę; irokeza już nie nosił). Będąc na samym początku podstawówki, podczas któregoś z kolejnych wakacyjnych wyjazdów na obóz AWF-u, gdzie zawsze gromadziły się te same dzieciaki kadry pracowniczej, z domku mojego kolegi zaczęły płynąć dźwięki Americany zespołu The Offspring. Wsiąkłam. Całe wakacje słuchałam wyłącznie ich płyt.

Po powrocie powiedziałam o tym fenomenalnym odkryciu mojemu tacie. Ten stwierdził: “dziecko, ja Ci w takim razie pokażę korzenie punka” – i tak poszłooo. Poznałam mnóstwo garażowych kapel, tata zabierał mnie na pierwsze koncerty. W liceum ubierałam się jak panczur, piłam tanie wina i sama na te koncerty biegałam. Niemalże co drugi dzień.

I wiesz co? Dalej na koncerty chodzę. Owszem, zdarza się mi się bywać i na festiwalowych imprezach, ale najbardziej moje serce rozgrzewają stare dziadki z garażowych zespołów. Nie ubieram się już jak panczur i nie piję taniego wina. Nie tracę okularów i nie nabijam siniaków skacząc razem z pogującymi. Ale wystarczy mi, że tam jestem. Że słyszę te “trzy akordy, darcie mordy”. Że patrzę na tych, którym się jeszcze chce pocić i obijać w kotle.

Na mojej twarzy od razu pojawia się wielki banan.

Czuję, że żyję.

Jak widzisz, moja dziecięco-młodzieżowa zajawka trochę zmian przeszła – bo i ja je przeszłam – ale trzon pozostał nienaruszony. Pamiętam, co mnie rajcuje. Nigdy z tego nie zrezygnuję.

Dorosłam. I nie przesadziłam.

*Wkurzanie innych ludzi NIE może się do tej kategorii zaliczać.