Batony, batony, ja wszystkie was…

Pożrę z pasją godną pozazdroszczenia. Bo mogę. Tak jest – zmieniłam swój sposób odżywania, zrzuciłam prawie trzydzieści kilogramów i jem batony.

Wspominałam już, że jedyna skuteczna metoda odchudzania to metoda przyjemna dla Ciebie – człowieka, który podejmuje zamiar przeprogramowania swojego życia. Jeżeli jesteś – podobnie jak ja – amatorem batoników, wcale nie musisz z nich rezygnować. Wystarczy tak zwane podejście „z głową”. Mimo wszystko Twoja dieta nie powinna składać się wyłącznie ze snickersów.

W sklepach można znaleźć mnóstwo różnych fit-eko-super-zdrowych batonów. Problem pojawia się jednak w momencie czytania ich składu. Okazuje się wtedy, że są dużo mniej fit. Bo na przykład producentom wydaje się, że baton bez cukru jest niezjadliwy, albo trzeba w niego upchnąć jakiś miliard zbędnych dodatków, żeby mógł dłużej poleżeć na półce. Jasne – nie umrzesz od zjedzenia takiego produktu. Nie zaprzepaścisz też swojego odchudzania sięgając po nie od czasu do czasu. Ja jednak zadałam sobie pytanie: „po co mam wracać do żarcia cukru, skoro zrezygnowałam z niego w każdej innej postaci?”. Mogłabym łazić po sklepach i szukać składu idealnego, albo robić zamówienia w specjalistycznych sklepach, ale pierwszego mi się robić nie chce, a drugie jest zwyczajnie nieekonomiczne. Zwłaszcza jak sobie uświadomisz, że batony możesz zrobić… sam.

Tak! I wiesz, co jest w tym najlepsze? Że masz kontrolę nad ich składem. Możesz pieścić swoje kubki smakowe dowolną konfiguracją pyszności. Pozwól, że podsunę Ci swoją pierwszą przygodę z majstrowaniem batonów jako bazę pod Twoje eksperymenty. Nie będę ukrywać, że trochę się z tematem zbierałam, bo jednak lenistwo nie sprzyja takim harcom. Okazało się jednak, że warto było dokonać wysiłku odpalenia piekarnika.

Potrzebne Ci będą następujące składniki:

  • 300 g bakalii (u mnie: orzechy laskowe, migdały, nerkowce, rodzynki, żurawina);

Możesz kombinować wedle uznania i smaku. Najprościej jest kupić gotową mieszankę, ale wtedy masz mniejsze pole manewru. Zwróć tylko uwagę, czy przypadkiem do rodzynek albo żurawiny nie została dowalona łycha cukru. Bez obaw – on naprawdę nie jest potrzebny. Będzie słodko i smacznie.

  • 20 g nasion chia;
  • 20 g jagód goji;
  • 20 g płatków kokosowych;

Mały hint – owe składniki w podanych proporcjach zawiera gotowiec z poniższego zdjęcia. Dobre wyjście, jeżeli nie chcesz kupować pojedynczych dużych paczek.

  • 2,5 łyżki płatków orkiszowych;
  • 2 łyżki płatków owsianych;

Z płatkami też możesz kombinować. Ja wybrałam orkiszowe w związku ze sporą zawartością żelaza i białka.

  • 2 łyżeczki lnu mielonego;
  • 1 łyżkę otrąb;
  • 125 ml mleka;
  • 1 łyżka miodu;

Tylko wybierz miód-miód, a nie podróbę wodno-cukrową.

Teraz bierzesz się do roboty:

  1. Nasiona chia zalewasz podaną ilością mleka, dodajesz miód i odstawiasz na czas pozostałej ciężkiej pracy, coby sobie trochę napęczniały.
  2. Płatki orkiszowe gotujesz w podanej na opakowaniu ilości wody. Zajmuje to maks 3 minuty.

  1. Dorzucasz do garnka płatki owsiane (błyskawiczne, a jeżeli masz zwykłe, to też je podgotuj), len, i otręby, mieszasz, chwilowo odstawiasz.
  2. Teraz czeka Cię najtrudniejszy moment roboty. Tutaj można się łatwo zniechęcić, ale warto zagryźć zęby i dotrwać do końca. Dodatkowo uzyskasz nowy skill, którym będziesz mógł szpanować… No, nie wiem, gdzie, ale może chociaż mama, dziewczyna, chłopak albo kot docenią. Chodzi mianowicie o posiekanie bakalii. Tylko sobie palców nie utnij.

  1. Jeżeli przeżyłeś – dosyp efekt swoich działań do garnka z płatkami.
  2. Wlej do niego również chia z mlekiem i miodem.
  3. Wymieszaj porządnie.
  4. Przełóż do formy wyłożonej papierem (działa też z naczyniem żaroodpornym). Najlepiej jakiejś niskiej, tak, żeby dało się z tego później wyciąć batony. Ugnieć masę. Ma być zbita.
Powszechnie wiadomo, że koty są miłośnikami nasion chia.
Powszechnie wiadomo, że koty są miłośnikami nasion chia.
  1. Piekarnik nastaw na 100 stopni.
  2. Po nagrzaniu, wstaw zmajstrowane w trudach dziecko na 60 minut pieczenia (nie, nie miałam na myśli Twojego syna albo córki!). Ten czas to dobry moment na… Ha! Pewnie już myślałeś, że browara. Pobiegałbyś leniu – przez godzinę da się ładnych parę kilometrów zrobić!

  1. Jak już wrócisz – wyciągnij wypiek z piekarnika i przewróć na drugą stronę. Prawdopodobnie będziesz musiał go jeszcze podpiec w takim położeniu jakieś 10-15 minut. Oceń po prostu, czy spód wystarczająco się wysuszył.
  2. Teraz czekasz, aż całość wystygnie i kroisz ją sobie na zajebiście dobre batony. Pewnie będą przy okazji ładniejsze od moich.

Tylko nie opędzluj wszystkiego za jednym zamachem… To jest spokojnie zapas na jakiś tydzień. Jak nie więcej. Zrób sobie z tego potreningową nagrodę albo kopa mocy przed sesją na siłce.

Jak na moją pierwszą przygodę z batonami domowej roboty – wyszło całkiem zacnie. A przynajmniej bez strat w ludziach, zwierzętach (raz Arseniusz prawie wlazł do piekarnika, ale bez obaw – został uratowany) i naczyniach. Następnym razem zrezygnowałabym tylko z rodzynek albo żurawiny – bo jednak razem to trochę za dużo słodkości.

To co – trzymam kciuki za Twoje kulinarne przygody?

Masz jakieś przemyślenia na temat przeczytanego tekstu? Śmiało, wklep je poniżej! Tylko trzymaj się paru zasad, cobym się nie zeźliła:

Kategorycznie zabronione jest:
- prowokowanie i uczestniczenie w bezsensownych przepychankach słownych;
- pisanie, która drużyna jest najlepsza na świecie;
- pisanie, że drużyna, której kibicuję jest najgorsza na świecie;

Można pisać, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

Poza tym ma być przyzwoicie i zgodnie z podstawowymi zasadami językowymi.

Proste, prawda? Zatem do klawiatury!